94

Pierwszy raz od stu lat byłam w McDonaldzie. Te hamburgery to jakiś pieprzony żart. Kanapka w rozmiarze XXS! Nigdy więcej tam nie pójdę. Wolę moje ryby, sałatki z pomidorem i ciemne pieczywo z sosem pesto.


94

Z tymi wszystkimi ludźmi jest coś nie tak, coś, czego nie mogę uchwycić, czego to kwestia, może tego, że nie ma w nich młodzieńczej świeżości i zachowują się, jakby mieli czterdzieści lat więcej, jakiejś pretensjonalności, trudnego do zdefiniowania snobizmu, z tymi ludźmi jest coś nie tak, coś, czego nie mogę uchwycić. Przez ludzi, do których czuję wstręt odrazę obrzydzenie niechęć, przestaję czuć się zen, moja buddyjska chęć współczucia każdej żyjącej istocie po prostu się rozpada w konfrontacji z tlenionymi blondynkami i ich uśmiechami kota z Cheshire. Mam dość ludzi, którzy nie widzą (nie widzą) różnicy między wiedzą a żywą inteligencją, wiedza to nie mądrość, ale już wiem, czego nie mogłam uchwycić, nie ma w nich pasji, jakiejkolwiek miłości do sztuki, po prostu nie ma i już. A ja przecież zawsze wolałam ludzi żyjących w zgodzie ze sobą.

Kocham sztukę nie dla lansu, nie dla uczucia wyższości, nie z obowiązku, ale dla niej samej, dla radości, jaką daje mi kontakt z nią, wszystkie uczucia, niebędące miłością, nie mają znaczenia, jakiegokolwiek.

(pierdolę to, będę się starała o przeniesienie na dziennikarstwo)


93

Stojąc w kolejce do ksero i obserwując grupę podekscytowanych nadchodzącym egzaminem pasztetów.

Co oni zrobią, kiedy studia się skończą? Na czym oprą swoje nędzne życie? Jakie znajdą powody do gardzenia otoczeniem i zachłystwania się poczuciem własnej wyższości? O czym będą rozmawiać, kiedy nie będzie już kolokwiów?

Mam dwadzieścia lat i jestem śmiertelnie zmęczona.


92

Przez okno słyszę jeżdżące na rowerze dzieci, śmiechy pijanych nastolatków i wiatr, łagodnie kołyszący gałęziami drzew. To jest jak mistyczna pełnia, wszystkie wydarzenia dzieją się jednocześnie, Nabokov znowu zbiera motyle, przejmująco smutne oczy Anny patrzą na Tołstoja, piękna Remedios wznosi się do samego nieba, a Kesey na LSD pisze najpiękniejszą książkę na świecie. W tej chwili wieczności, chwili, która nie rozpłynie się w czasie, mam sto tysięcy lat i jestem we wszystkim, co oddycha, wiatr kołysze gałęziami drzew


91

Wersja numer jeden wersja numer jeden jeden

Pierwszy raz od lat prowadziłam prawdziwą konwersację intelektualną, a zamiast radości, poczułam tylko gigantyczne znużenie. Mogłam pokazać całą swoją inteligencję, całą swoją wiedzę, a jednak nie sprawiło mi to przyjemności(Mill nie ma znaczenia, powody napaści na Irak nie mają znaczenia, nic nie ma znaczenia).

Wwwersja nummer dwa

Pierwszy raz od lat prowadziłam prawdziwą konwersację intelektualną. Czułam się szczęśliwa(taka szczęśliwa) bo ktoś słuchał mnie uważnie, kiedy ostatni raz ktokolwiek był mnie autentycznie ciekawy? Wreszcie coś innego niż on z nią ona mu daj mi masło masz rzeczy do prania?

Nie wiem, która wersja zdarzeń jest prawdziwa, może ich megamix, może ich połączenie, genetyczne zmutowanie.


90

Bezsens.


89

Podjęłam decyzję.

Zostaję.